Tym razem pogoda nie zawiodła. Planowany w dniach 8-10 lipca stowarzyszeniowy spływ kajakowy po rzece Piławie doszedł do skutku. Zwykle trudno jest zebrać w jednym miejscu i czasie kilka osób w celu zrealizowania jakiegoś wspólnego pomysłu. Tym bardziej w okresie wakacyjnym, kiedy to szanse na „złapanie” ludzi radykalnie maleją. Udało się nam jednak stworzyć 4 osady kajakowe – trzy „dwójki” i jedną „jedynkę”. Zatem, jak łatwo obliczyć, na spływ wyruszyło 7 „Apertowców”.
Wyprawa rozpoczęła się w piątek 8 lipca. Około godziny 16.30 wystartowaliśmy spod grodziskiego Inter-Marche i po nieco ponad trzech godzinach dojechaliśmy do miejscowości Ostrowiec pod Wałczem. Tutaj mieliśmy zamówione kajaki. Nasza podróż jednak się jeszcze się skończyła. Po domem właściciela „jednostek pływających” przepakowaliśmy bagaże do transportowego busa i zostaliśmy przewiezieni na miejsce noclegowe do Nadarzyc, skąd w sobotę mieliśmy rozpocząć nasz spływ.
Tak długo, jak trwa moja przygoda z kajakami (a więc 12 lat) tzw. Noc „Zero” odbywała się „na dziko”, czyli obozowisko rozbijaliśmy z dala od cywilizacji, trzymając się przy tym rygorystycznie zasady „zostaw miejsce w takim stanie, w jakim je zastałeś”. Tym razem, nie wiedzieć dlaczego, właściciel kajaków robił jakieś problemy, chciał nas koniecznie zawieść do gospodarstwa agroturystycznego należącego do kogoś z rodziny. Mówił nam, że nie zna miejsca, w którym mógłby nas zostawić „na dziko”. Hmmm…
Nie wdając się w szczegóły – po zapoznaniu się z proponowanym nam miejscem i krewnym we własnej osobie, postanowiliśmy jednogłośnie, że szukamy innej bazy na biwak. W związku z tym, że był już wieczór, nie szukaliśmy daleko i zatrzymaliśmy się na zorganizowanym polu kempingowym. Warunki były tam spartańskie (o to chodziło), choć skorzystaliśmy z pewnej dozy „luksusu”, polegającej na tym, że kupiliśmy taczkę drewna na ognisko. Szybko rozbiliśmy namioty, po małych perypetiach (drewno było nasączone wodą jak gąbka) rozpaliliśmy ognisko i… i dostrzegłem, że zapomniałem zabrać z domu kosmetyczki z przyborami toaletowymi i lekami. Cóż, bywa…
Gorycz straty szybko została osłodzona spływowymi opowieściami przy ognisku. Do tego, wiadomo, kiełbaska, ogóreczki, piwko oraz michalinowy smalec własnej roboty.
W sobotę rano obudziło nas wschodzące słońce. Po tak pięknej pobudce zabraliśmy się za zrobienie śniadania, potem zwinęliśmy namioty, zapakowaliśmy bagaże na kajaki i w drogę!
Paręset metrów za kempingiem Piława jest spiętrzona przez elektrownię wodną. A więc pierwsza przenoska. Jednakże cywilizacja sięga coraz głębiej, żeby ułatwiać, nam mieszczuchom, życie z dala od miasta. Zamiast mozolnie się trudnić z własnoręcznym przenoszeniem kajaków, wyręczył nas stary dziadek ze specjalnie przygotowanym do tego wózkiem. Koszt usługi – 50 gr. Pierwszy raz w życiu dałem wówczas napiwek przekraczający 4-krotnie wartość usługi. Z jednej strony wstyd, że zaprawiony kajakarz wyręczył się na przenosce kimś innym. Z drugiej zaś – trudno było dziadkowi odmówić.
Tak naprawdę od tego momentu rozpoczął się nasz spływ. Na początku było trochę ciężko, ponieważ o tej samej porze, w tej samej okolicy na Piławie wodowało chyba około setki kajaków. Szybko i sprawnie wyprzedziliśmy spowodowane przez nich zatory i w taki oto sposób rzeka przed nami była nasza. Tylko sporadycznie napotykaliśmy pojedynczych kajakarzy. Mieliśmy więc czas na wrzucenie na luz i kontemplowanie przyrody. Do tego raz na jakiś czas piwko, rozmowy o tym i owym. Jedna „Apertówka” topiła się w miejscu, w którym wody było po kolana (musielibyście widzieć tę walkę). Po innym „Apertowcu” przez chwilę na powierzchni wody pozostał jedynie jego kapelusz, ponieważ wysiadł z kajaka święcie przekonany, że wody jest po kolana. Jednym słowem… trudno to wszystko jednym słowem opisać.
W sumie w sobotę spędziliśmy na rzece ponad 9 godzin. Pod wieczór, za miejscowością Szwecja, znaleźliśmy miejsce na dzikie obozowisko. Zmęczeni rozbiliśmy tam namioty, posililiśmy się i szybko poszliśmy spać.
W niedzielę płynęliśmy znacznie krócej. Naszą wyprawę zakończyliśmy przy moście drogowym w miejscowości Czechyń, skąd odebrał nas właściciel kajaków. Wróciliśmy do Ostrowca, uregulowaliśmy należność za kajaki i transport i wyruszyliśmy do domu. Zmęczeni, brudni, ale szczęśliwi, z naładowanymi akumulatorami. Ta forma rekreacji na pewno będzie praktykowana w naszym stowarzyszeniu. Jednogłośnie stwierdzili to ci, którzy uczestniczyli w spływie. Ci, którzy nie byli – niech żałują.
Na zakończenia parę słów o Piławie. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niesamowicie czysta woda. Rzeka nie jest trudna technicznie. Nie ma wielu zwałek i przenosek. Nurt jest umiarkowanie szybki i zdarzają się bystrza, co podnosi frajdę i ciśnienie. Z Piławą może się zmierzyć nawet niewprawny kajakarz.